Prawie rok ciszy. trzeba to zmienić...
Pisane dawno, ale jeszcze na adrenalinie. Odczucia własne po ochłonięciu, też się pojawią.
Na samym początku muszę powiedzieć, że nigdy, przenigdy bym nie pomyślała że zacznę oglądać serial wojenny (oprócz MASHa, ale to się nie liczy...), a już zwłaszcza opowiadający o wojnie w Iraku. PRZENIGDY.
Ale stało się!
I muszę przyznać - nie dość, że obejrzałam tę 7 odcinkową mini - serię o marines, to dwa dni spędziłam z nosem praktycznie przyklejonym do ekranu monitora. Kiedy musiałam odejść od komputera, czułam się, jak na głodzie narkotycznym.
Dawno serial nie zrobił na mnie takiego wrażenia, i nie mówię tu o typowym fanorgaźmie rodzaju nowy!spn, bo fanserwisu tu nie uraczysz. To jest po prostu COŚ, pisane bezwstydnym capslockiem.
Proszę państwa: Generation Kill.
Tegoroczna produkcja HBO to nic innego, jak realistyczna, ukazana z mięsem opowieść o pierwszych dniach wojny w Iraku. Historia z punktu widzenia oddziału marines przedstawia ich codzienne zmagania zarówno z wrogiem, jak i z własnym dowództwem (!). Akcja rozwija się niespiesznie, ukazując codzienne trudności jakie napotykają żołnierze. Nie uraczymy tutaj hollywoodzkiej bajeczki z patetyczną przystawką i banałem w tle. Nie ma też nieustającej walki i strzelaniny jak to często widzimy na ekranach. Generation Kill bliżej do Paragrafu 22 Josefa Hallera, niż wzniosłych scen klepanych w innych obrazach wojennych made in USA. Absurd amerykańskiej piechoty morskiej (chociaż zapewne każdego wojska) możemy uraczyć już w pierwszym odcinku. Potem jest tylko lepiej...
Najbardziej jednak rusza człowieka świadomość, że obraz ten powstał na podstawie książki, napisanej przez Evana Wrighta - dziennikarza Rolling Stones, który towarzyszył plutonowi przez 2 miesiące. Bohaterowie, wizja wojny i totalny rozgardiasz to nic innego, jak - pokazane bez upiększeń - fakty. Oczywiście w oprawie fabularnej, ale mimo wszystko...
Świetnie zagrane postaci ukazują wachlarz osobowości (i osobliwości) jakie przewijają się przez elitarną grupę marines. Obraz ten bulwersuje, a niekiedy wręcz odrzuca. Ale jest żywy.
Żołnierze ćpają, masturbują się (dużą popularnością cieszy się zdjęcie dziewczyny reportera), klną, wyzywają, świntuszą, lżą kompanów pochodzenia nieamerykańskiego, nagrywają filmy trupów leżących na poboczach (bo CNN zapłaci za to kupę szmalu), no i przede wszystkim marzą, by znaleźć się w końcu w centrum akcji. Wytrenowani do zabijania, nudzą się, gdy dowództwo odsuwa ich od głównych walk i tylko wypatrują okazji by sobie postrzelać. Zwierzęce zachowanie niektórych marines szokuje. Na szczęście są też normalne osobniki... Dwie postaci, które zdają się najbliższe normalności to porucznik Nathaniel Flick oraz Brad 'Iceman' Colbert, który osobiście jest moją ukochaną postacią (i to wcale nie dlatego że gra go Alexander S. naprawdę!) Są oni przeciwwagą dla takich psycholi, jak chociażby Trombley. Są też oczywiście inni, nie będący takimi skrajnościami, lecz po prostu ludźmi z krwi i kości. Czasem trochę bardziej popapranymi, czasem trochę mniej - rzuconymi w sam środek cyklonu.
o tym jest właśnie ten serial. Przez większość czasu jesteśmy w samym centrum, gdzie panuje względna cisza, jednak w każdej chwili cyklon, może się przesunąć kawałek w bok i znajdujemy się już pośrodku niewyobrażalnej wichury. Chaotycznej, nieprzewidywalnej i absolutnie bezsensownej.

i jeszcze coś na doczepkę:
Coś co mnie uderzyło, to bezpośredniość w wypowiedzi. I nie, nie mówię o potoku przekleństw, czy rasistowskich tekstów. Mówię raczej o braku bezosobowego przeciwnika, jak to zazwyczaj jest pokazywane na ekranie. 'Namierz cel', 'Zlikwiduj wroga'. To nie tutaj. Tutaj jest:
'Rozpierdolmy kilku irakijskich skurwysynów!'
A kiedy sierżant Sixta drze się przed całym batalionem wyprężonym na baczność: 'Zabij' na trzy! Raz! Dwa! Trzy!
Batalion jednym gromkim rykiem odpowiada:
'ZABIJ!'
i cytaty:
Nate Flick: Oto dziennikarz, który będzie z nami. Jest z "Rolling Stone", więc delikatnie.
Żołnierz: Rolling Stones?
Christeson: Ja pierdolę dają nam jebanego miłośnika pokoju.
Brad Colbert: Christeson, pokaż magazynowi Rolling Stone, gdzie ma srać.
Żołnierz: Napiszesz, jacy to z nas zabójcy dzieci i gwałciciele? Opiszesz wszystkim czytelnikom "Rolling Stone", jak to kurwa jest być na wojnie?
Ray: Najzagorzalsi czytelnicy "Rolling Stone" tak naprawdę wiedzą tylko, jak to jest mieć chuja w dupie.
Evans: Mogło być gorzej. Kiedyś pisałem dla "Hustlera".
Żołnierz: Pisałeś dla "Hustlera"?
Ray:*podbiega* CO pisałeś do "Hustlera"?
Evans: Recenzje pornosów, gorące listy, "polowanie na pekate jeże"
Ray: Pisałeś "polowania"?!
Żołnierz: *bierze od niego plecak* Proszę tędy, panie reporterze.
Evans: Baterie AAA, tabaka Skoal i Copenhagen, chusteczki do podcierania, pringelsy w tubkach o różnych smakach i... pieluchy dla dorosłych. Zgodnie z zamówieniem. Dlaczego potrzebujecie mnie, żeby to zdobyć?
Brad: Nieskończona mądrość tego kto prowadzi sklepy wojskowe (PX) sprawiła, że nie sprzedają tego w dużych ilościach wojskowym. Dla cywili jak ty, żadnych limitów nie ma.
Evans: Dlaczego tak jest?
Ray: Żebyśmy byli wkurzeni. Gdyby marines dostawali to czego potrzebują, bylibyśmy szczęśliwi i niegotowi na zabijanie ludzi. Widzisz oddziały marines są jak pitbull Ameryki. Biją nas, źle traktują, a raz na jakiś czas wypuszczają, byśmy kogoś zaatakowali.
Evans: O co chodzi z tymi bateriami?
Brad: Potrzebne są do naszych pec-dwa i N.V.G. - do widzenia w ciemności. Batalion nie wziął wystarczająco baterii, musimy je racjonować.
Ray: Batalion nie wziął wystarczająco niczego, tak przy okazji. Nie mają nawet pierdolonych map.
Brad: Armia idzie na wojnę, to biorą wszystko. Ale marines... musimy sobie załatwić.
Ray: Nie ma map, nie ma baterii. Próbujemy sprowadzić to gówno pocztą, ale nic nigdy nie przychodzi. Ja pierdolę, Colbert próbował zamówić osłonę wieżyczki kurierem, już nie ważne, czy będzie na czas...
Brad: Kamuflaż leśny? Zapomnieli, że najeżdżamy pierdolony pustynny kraj?
*cały batalion stoi w humvee i czeka*
Trombley: sierżancie, daleko jeszcze?
*po chwili*
Trombley: Czemu, to kurwa, tak długo trwa. Czekamy już cztery cholerne godziny.
Brad *do Evansa*: Wiedz, że nadal czekamy na batalionowego tłumacza.
Evans: ...to znaczy, że najeżdżacie Irak z tylko jednym tłumaczem?
Tłumacz w oddali: Stary to totalnie do dupy!
Żołnierz: Sir, nie możemy dłużej opóźniać.
Tłumacz: Nie wierzą, że wyruszam bez mojego szajsu. Trawa pierwszej klasy! Najlepsza w zatoce!
Żołnierz: To godne pożałowania, sir.
Brad: *śpiewnie* Obudź się, Trombley. Przegapisz inwazję...
edit:
jeśli ktoś chce, to jestem w gotowości by nagrać i przesłać ;)
Pisane dawno, ale jeszcze na adrenalinie. Odczucia własne po ochłonięciu, też się pojawią.
Na samym początku muszę powiedzieć, że nigdy, przenigdy bym nie pomyślała że zacznę oglądać serial wojenny (oprócz MASHa, ale to się nie liczy...), a już zwłaszcza opowiadający o wojnie w Iraku. PRZENIGDY.
Ale stało się!
I muszę przyznać - nie dość, że obejrzałam tę 7 odcinkową mini - serię o marines, to dwa dni spędziłam z nosem praktycznie przyklejonym do ekranu monitora. Kiedy musiałam odejść od komputera, czułam się, jak na głodzie narkotycznym.
Dawno serial nie zrobił na mnie takiego wrażenia, i nie mówię tu o typowym fanorgaźmie rodzaju nowy!spn, bo fanserwisu tu nie uraczysz. To jest po prostu COŚ, pisane bezwstydnym capslockiem.
Proszę państwa: Generation Kill.
Tegoroczna produkcja HBO to nic innego, jak realistyczna, ukazana z mięsem opowieść o pierwszych dniach wojny w Iraku. Historia z punktu widzenia oddziału marines przedstawia ich codzienne zmagania zarówno z wrogiem, jak i z własnym dowództwem (!). Akcja rozwija się niespiesznie, ukazując codzienne trudności jakie napotykają żołnierze. Nie uraczymy tutaj hollywoodzkiej bajeczki z patetyczną przystawką i banałem w tle. Nie ma też nieustającej walki i strzelaniny jak to często widzimy na ekranach. Generation Kill bliżej do Paragrafu 22 Josefa Hallera, niż wzniosłych scen klepanych w innych obrazach wojennych made in USA. Absurd amerykańskiej piechoty morskiej (chociaż zapewne każdego wojska) możemy uraczyć już w pierwszym odcinku. Potem jest tylko lepiej...
Najbardziej jednak rusza człowieka świadomość, że obraz ten powstał na podstawie książki, napisanej przez Evana Wrighta - dziennikarza Rolling Stones, który towarzyszył plutonowi przez 2 miesiące. Bohaterowie, wizja wojny i totalny rozgardiasz to nic innego, jak - pokazane bez upiększeń - fakty. Oczywiście w oprawie fabularnej, ale mimo wszystko...
Świetnie zagrane postaci ukazują wachlarz osobowości (i osobliwości) jakie przewijają się przez elitarną grupę marines. Obraz ten bulwersuje, a niekiedy wręcz odrzuca. Ale jest żywy.
Żołnierze ćpają, masturbują się (dużą popularnością cieszy się zdjęcie dziewczyny reportera), klną, wyzywają, świntuszą, lżą kompanów pochodzenia nieamerykańskiego, nagrywają filmy trupów leżących na poboczach (bo CNN zapłaci za to kupę szmalu), no i przede wszystkim marzą, by znaleźć się w końcu w centrum akcji. Wytrenowani do zabijania, nudzą się, gdy dowództwo odsuwa ich od głównych walk i tylko wypatrują okazji by sobie postrzelać. Zwierzęce zachowanie niektórych marines szokuje. Na szczęście są też normalne osobniki... Dwie postaci, które zdają się najbliższe normalności to porucznik Nathaniel Flick oraz Brad 'Iceman' Colbert, który osobiście jest moją ukochaną postacią (i to wcale nie dlatego że gra go Alexander S. naprawdę!) Są oni przeciwwagą dla takich psycholi, jak chociażby Trombley. Są też oczywiście inni, nie będący takimi skrajnościami, lecz po prostu ludźmi z krwi i kości. Czasem trochę bardziej popapranymi, czasem trochę mniej - rzuconymi w sam środek cyklonu.
o tym jest właśnie ten serial. Przez większość czasu jesteśmy w samym centrum, gdzie panuje względna cisza, jednak w każdej chwili cyklon, może się przesunąć kawałek w bok i znajdujemy się już pośrodku niewyobrażalnej wichury. Chaotycznej, nieprzewidywalnej i absolutnie bezsensownej.
i jeszcze coś na doczepkę:
Coś co mnie uderzyło, to bezpośredniość w wypowiedzi. I nie, nie mówię o potoku przekleństw, czy rasistowskich tekstów. Mówię raczej o braku bezosobowego przeciwnika, jak to zazwyczaj jest pokazywane na ekranie. 'Namierz cel', 'Zlikwiduj wroga'. To nie tutaj. Tutaj jest:
'Rozpierdolmy kilku irakijskich skurwysynów!'
A kiedy sierżant Sixta drze się przed całym batalionem wyprężonym na baczność: 'Zabij' na trzy! Raz! Dwa! Trzy!
Batalion jednym gromkim rykiem odpowiada:
'ZABIJ!'
i cytaty:
Nate Flick: Oto dziennikarz, który będzie z nami. Jest z "Rolling Stone", więc delikatnie.
Żołnierz: Rolling Stones?
Christeson: Ja pierdolę dają nam jebanego miłośnika pokoju.
Brad Colbert: Christeson, pokaż magazynowi Rolling Stone, gdzie ma srać.
Żołnierz: Napiszesz, jacy to z nas zabójcy dzieci i gwałciciele? Opiszesz wszystkim czytelnikom "Rolling Stone", jak to kurwa jest być na wojnie?
Ray: Najzagorzalsi czytelnicy "Rolling Stone" tak naprawdę wiedzą tylko, jak to jest mieć chuja w dupie.
Evans: Mogło być gorzej. Kiedyś pisałem dla "Hustlera".
Żołnierz: Pisałeś dla "Hustlera"?
Ray:*podbiega* CO pisałeś do "Hustlera"?
Evans: Recenzje pornosów, gorące listy, "polowanie na pekate jeże"
Ray: Pisałeś "polowania"?!
Żołnierz: *bierze od niego plecak* Proszę tędy, panie reporterze.
Evans: Baterie AAA, tabaka Skoal i Copenhagen, chusteczki do podcierania, pringelsy w tubkach o różnych smakach i... pieluchy dla dorosłych. Zgodnie z zamówieniem. Dlaczego potrzebujecie mnie, żeby to zdobyć?
Brad: Nieskończona mądrość tego kto prowadzi sklepy wojskowe (PX) sprawiła, że nie sprzedają tego w dużych ilościach wojskowym. Dla cywili jak ty, żadnych limitów nie ma.
Evans: Dlaczego tak jest?
Ray: Żebyśmy byli wkurzeni. Gdyby marines dostawali to czego potrzebują, bylibyśmy szczęśliwi i niegotowi na zabijanie ludzi. Widzisz oddziały marines są jak pitbull Ameryki. Biją nas, źle traktują, a raz na jakiś czas wypuszczają, byśmy kogoś zaatakowali.
Evans: O co chodzi z tymi bateriami?
Brad: Potrzebne są do naszych pec-dwa i N.V.G. - do widzenia w ciemności. Batalion nie wziął wystarczająco baterii, musimy je racjonować.
Ray: Batalion nie wziął wystarczająco niczego, tak przy okazji. Nie mają nawet pierdolonych map.
Brad: Armia idzie na wojnę, to biorą wszystko. Ale marines... musimy sobie załatwić.
Ray: Nie ma map, nie ma baterii. Próbujemy sprowadzić to gówno pocztą, ale nic nigdy nie przychodzi. Ja pierdolę, Colbert próbował zamówić osłonę wieżyczki kurierem, już nie ważne, czy będzie na czas...
Brad: Kamuflaż leśny? Zapomnieli, że najeżdżamy pierdolony pustynny kraj?
*cały batalion stoi w humvee i czeka*
Trombley: sierżancie, daleko jeszcze?
*po chwili*
Trombley: Czemu, to kurwa, tak długo trwa. Czekamy już cztery cholerne godziny.
Brad *do Evansa*: Wiedz, że nadal czekamy na batalionowego tłumacza.
Evans: ...to znaczy, że najeżdżacie Irak z tylko jednym tłumaczem?
Tłumacz w oddali: Stary to totalnie do dupy!
Żołnierz: Sir, nie możemy dłużej opóźniać.
Tłumacz: Nie wierzą, że wyruszam bez mojego szajsu. Trawa pierwszej klasy! Najlepsza w zatoce!
Żołnierz: To godne pożałowania, sir.
Brad: *śpiewnie* Obudź się, Trombley. Przegapisz inwazję...
edit:
jeśli ktoś chce, to jestem w gotowości by nagrać i przesłać ;)
25 comments | Leave a comment
